Okazuje się, że ktoś taki jak ja może spędzić weekend w Warszawie i nie zwariować. Choć mało brakowało, ale wracać do tego nie chcę. Adrenalina opadła, emocje na wodzy, melisa łyknięta. Cel wypadu był jasny: Free Form Festival. Ale jeśli event trwa dwa dni, a powrót zaplanowany jest na trzeci, to siłą rzeczy człowiek zawsze zobaczy coś więcej. Chociażby niesamowite warszawskie murale. Bo jeżeli sama architektura miasta przekonuje nie do końca, to jednak artystów ulicznych mają tam zacnych.

Sam festiwal okazał się wydarzeniem atrakcyjnym nie tylko pod względem muzycznym, ale także czysto wizualnym. Możecie wierzyć bądź nie, ale moja opinia jest taka, że FFF ma chyba najciekawiej zaprojektowane materiały promocyjne spośród wszystkich polskich festiwali. I bardzo dobre logo. Minimalistyczne, proste i niesamowicie rozpoznawalne. Poza tym, jak wiadomo, każda edycja ma do siebie przypisany kolor. W tym roku dominował modny fiolet i muszę przyznać, że prezentował się najbardziej okazale z dotychczasowych. Festiwalowe ulotki, foldery, plakaty, gazetki – wszystko bardzo efektowne.

Podobnie zresztą jak gadżety oferowane przez głównego sponsora, firmę Grolsch. Piwo jak piwo, można lubić, można nie lubić. Lecz dizajn jego butelek zawsze robi wrażenie i jest niezbitym dowodem na trwałość mody retro.

Do Wrocławia zaś, przywiozłem ze sobą Emma Pak. Głównie dlatego, że rozdawali ją przy wyjściu z terenu festiwalu, a ja takie rzeczy bardzo lubię. I nie rozczarowałem się. Projekt koperty jest
w dechę (autor: Mr. Xerty). Plakat też niczego sobie (autor: Rogier de Boeve).

Jak widać nawet w miejscu wszechobecnego lansu i parady hipsterów można natknąć się na niezłą sztukę.

warszawa2